Znalazłam Koniec Świata

        Przeleciały myśliwce,  ludzie w milczeniu pokazywali smugę spalin, powoli toczącą się we wschodnim kierunku. Nikt pewnie nie liczył minut do lądowania, w końcu pilot ogłosił –  Znajdujemy się nad terytorium Polski. Dogoniliśmy ostatni dzień otwartej jeszcze przestrzeni powietrznej nad Ukrainą,  przed polityczną rozgrywką rosyjskiego reżimu,  a na lotnisku w Warszawie wciąż świeciło słońce. Colombo zostało kilkanaście godzin dalej, w gwarnym, własnym i wymieszanym dobrze azjatyckim sosie, który żegna lepkim upałem i śpiewnym „haj bowan”.

        – Dlaczego nie wrócisz na Sri Lankę ? – dopytywał się policjant, który z nudów wdawał się w rozmowy z przechodniami. Nie chciałam tłumaczyć, że zastany dziś raj Sri Lanki powoli zmienia się w plastikowy czyściec. Na ulicach trudno o kosze, a śmieci mają swoje miejsce na trawnikach i w kanałach. Im bliżej centrum Colombo, tym częściej,  parne powietrze rozpychają wieżowce,  centra handlowe,  hotele, apartamenty. Na mijanych ulicach banery z Prezydentem, który uśmiecha się  kolejną, socjalistyczną kadencję. Umykamy zgiełkowi. Wzrok już przywykł do jaskrawej zieleni, szokuje za to widok wszechobecnych banerów i szerokich uśmiechów młodych panien.

        Świetny biznes, śluby i wesela, ale obyczaj nie pozwala na samodzielne decyzje o małżeństwie. Zwłaszcza na wsiach,  rodzina kojarzy pary, więc szansa na miłość gaśnie. Na Sri Lance nie wolno okazywać zbyt bliskich uczuć publicznie. Co to jednak za love story, skazana na brutalny finał i życie z niekochanym. Nasz przewodnik Bandula pokazuje zdjęcia ślubne ze smutną dziewczyną i śpiewa piosenkę o dawnej, niespełnionej miłości. Wcześniej jednak żuł betel. Odmienność. Jednak ludzie wyglądają na szczęśliwych.



reklama
      


         Dwóch policjantów pod wodospadem kupuje świeży betel, chętnie też pozują do zdjęcia. Nie otwierają ust, bo poza lekko narkotycznym działaniem, betel barwi usta, zęby i ślinę na krwistą czerwień. A to sama natura! Liść, ziarno palmy i trochę wapna.  Za nami herbaciane kilometry pól, ale jak tarasy nazwać polami, kiedy jazda po górskich serpentynach układa szpalery krzewów tuż nad głową. Autobus na  zakręcie wydaje ostatnie tchnienie. Ten był chiński, jak wiele darów dla Sri Lanki od rządu ChRL. Pomoc przy budowie drogi z północy na południe, stadion w Colombo, eleganckie budynki. Mijamy grupę chińskich turystów.

        Losy zielonej wyspy – perły Oceanu Indyjskiego, nie były wolne od brutalnych aktów. Brytyjczycy  wykarczowali dżunglę, sadząc herbatę, krajem długo miotają wojny z Tamilami, którzy przybyli tu z południowych Indii. Kobiety tamilskie to zbieraczki trzech górnych, najbardziej cennych listków herbacianych krzewów. W rejonie upraw herbaty żyją bardzo skromnie. Na na południu widać ciągle ślady po tsunami, które zabiło w 2004 roku 30 tysięcy ludzi. Kolejna fala, to religijno-polityczna walka o wpływy, między Tamilami i Syngalezami. A przecież nie ma dokąd uciec z wyspy Cejlon, na drodze do Indii jest pas dzikiej wody. Na południu otwarty i pusty ocean, aż do Antarktydy.  Urzeka jednak uśmiech i radość, nie widać nędzy.

        Żebrak, który rozkłada wątłe ciało przy budowie hotelu chińskiego inwestora, ma cały dzień i cień. Ludzie wsuwają mu pieniądze, na wyciągniecie ręki wisi kusząco dojrzałe mango, ale on ma swoje „kokosy”. Za to robotnicy pracują dzień i noc, są drobni, uwijają się pomiędzy rusztowaniami z bambusa, nie słychać ich głosów w upale. Dołem, przy ulicy płynie szeroka, śmierdząca struga ścieków, zrzucanych kilka kilometrów dalej do oceanu. Nie kończę jedzenia, które wprost z ulicy, w ryżowym naleśniku z palącymi jak ogień warzywami curry, pomieszało się z gazetą, bo w nią się owija uliczne, azjatyckie śniadania.

        Hałas, klaksony, szum ulicy, nie kończące się tuk-tuki. Kto ma skuter, ten ma lżej. Bo szczytem lansu na Sri Lance jest własny skuter, a na samochód jest 200% podatek.  Tam gdzie turyści – nastolatki noszą się podobnie, komórka, tablety, dżinsy, konwersy. Tak, idzie kolejne tsunami, tym razem z zachodu. Nazywa się komercja. Chłopak chwali się samochodem. Dziewczyny są podekscytowane, ale on przecież wozi turystów. Pytam przewrotnie, czy podwiezie mnie do dżungli lub na koniec świata. Zaczyna chwalić zalety klimatyzacji, elegancji starej, białej hondy. Nie rozumiemy się. Kobieta z Europy, przez którą już dawno przelała się fala zachodniej komercji, chce do dżungli i pragnie uciec od zgiełku.

         Dziewczyny zdobywają się na odwagę. Madame…może przywiozła sznurówki, albo fajne długopisy? Niestety madame, nie przywiozła nic na sprzedaż ani nie ma już prezentów. Sznurówki do konwersów idą tu jak woda, buty też. Chodliwa jest też żyłka i sprzęt wędkarski.

        W końcu jednak znajduję swoją drogę do dżungli, potem do Parku Narodowego Yala, gdzie spokojne słonie wypasają się swobodnie. Krokodyle żyją swoim życiem, a granitowe szaro-żółte skały tworzą miraże, niezwykłe dla oczu. Postój na plaży. Czysty jak klejnot ocean, chwyta falą za stopy. Znajduję swoją dżunglę także poza nią. W ciszy gór, w wodospadach i wędrujących za plecami chmurach. Za Ambawelą, opuszczoną stacją, zaczyna się jazda pośród drzewiastych paproci, rododendronów, bambusów. Na płaskowyżu Hortona, jest też trawiasta równina, rzeki, wodospady. I skojarzenie z Bieszczadami. Jestem na Końcu Świata. To 900 metrowy klif, w oderwanym od upału rezerwacie. Ktoś tydzień wcześniej wychylił się, by zrobić zdjęcie motyla i do środka świata już nie wrócił. Trzeba uważać też …na węże.

        Znajduję swój spokój dalej, w wibrującym modlitwami tłumie, na święcie buddyjskim pudźa. W Świątyni Zęba Buddy, w górskim Kandy miesza się zapach kadzideł, kwiatów lotosu, lilii wodnych i tłumu. Białe szaty wiernych i pomarańczowe mnichów. Głośno, tłoczno, kolorowo i boso. Gdzie ten ząb, przemycony we włosach, w IV wieku, przez księżniczkę Hamamali z Indii na Sri Lankę? Długie kolejki czekają, by zobaczyć złotą szkatułę, z relikwią, a który władca ją posiadał, ten miał prawo do rządów krajem.

          Nie odnajduję jednak spokoju w krętych schodach, wiodących na samotną skałę Sigiriya, która stała się oazą dobrobytu  szalonego króla Kasappy – ojcobójcy. Wybudował on pałac na szczycie 200 metrowej skały, prawie pionowo wiodącej do góry. Kasappa był drugi do tronu, zabił ojca, jego brat uciekł, a on sprawował władzę, patrząc na wszystko z góry. Baseny, poletka uprawne, freski pięknych kobiet, to fanaberie króla, które przetrwały wieki. Jak to wszystko wybudowano? Żaden przewodnik nie potrafi wyjaśnić. Dziś turyści wspinają się po krętych schodach. Trudno się wycofać, więc trzeba piąć się do końca. Wokół dżungla, fala zieleni i mgiełka. Japoński, starszy turysta ciężko oddycha. Ma już czterech tutejszych pomocników. Wciągną i do nieba, za kilkaset rupii. Młodzi mnisi, medytują dla turystów i z niesłychanym spokojem odpierają ataki rozbrykanych małp.

        Wracam na wybrzeże. Złote, szerokie plaże wciąż są jeszcze puste, a ludzie życzliwi i radośni.

Po wielu dniach bez łączności, docierają słowa i obrazy grozy, tuż obok naszych granic. Opuszczamy wyspę po kilku dniach lenistwa.  Każdy do swojego, trochę kulawego raju.

Anetta Głuchowska-Masłyk

19 odpowiedzi na Znalazłam Koniec Świata

  1. Anonim pisze:

    A u nas koniec miasta…

  2. Weronika pisze:

    Wszystko byłoby o’k gdyby nie oosbiste foty. Czemu ma służyć treść łącznie z fotkami?

  3. Anonim pisze:

    Pani Anetta jak widać miała ubranka na przebranie:)Znam takich co na takie wycieczki jeżdżą w jednych dżinsach i koszulce,resztę walizki zajmują zupki chińskie…

  4. Anonim pisze:

    p.s bardzo ładne zdjęcia:)

  5. Bolo pisze:

    Trzeba spełniać marzenia. Dobrze, ze masz oczy otwarte na świat, a nie siedzisz tylko w pyrzyckiej klatce z politykami. Bardzo fajna relacja, ciekawe jaki kolejny kraj?

  6. :) pisze:

    relacja fajna, ale mi brakuje podpisów pod co niektórymi zdjęciami

  7. Maria pisze:

    W końcu można coś normalnego przeczytać, bo aż mdli od tych afer i szukania wszędzie diabła.

  8. ja pisze:

    jak się jedzie tammmmmmmmm to trzeba mieć na zupki i ciuszki i tyle!
    bez komentarza.

  9. hej pisze:

    Dziękuje za tę relację z podróży, miło się czytało i oglądała. To dobrze istnieje Świat poza naszą gminą. A mimo to, paradoks polega na tym, że z perspektywy innego kraju, dostrzega się również dobre strony życia w Polsce. Wiem coś o tym….

  10. kakało pisze:

    Rozumiem 3-4 fotki, ale tyle?? Jak w prywatnym albumie. Przecież w internecie setki zdjęć srylanki jak to po co tu tyle??? Litości.

  11. obiektywna pisze:

    Pani Aneto, dzięki pani relacji z podróży przeniosłam się na chwilę w inny świat,ciekawy i daleki od sporów, kłótni i krzyków pomiędzy gmina a powiatem. Zdjęcia sa magiczne i Ci co piszą że jest ich za dużo itp. to po prostu, po ludzku Pani zazdroszczą. Czekam z niecierpliwością na kolejną relację…

  12. olo pisze:

    Coś ciekawego, przynajmniej nie muszę oglądać POlityków. Bardzo sprawnie Pani pisze, zdjęcia super.

  13. ja pisze:

    „rosyjskiego reżimu”, skąd ty to bierzesz, z onetu????

  14. Maniek pisze:

    Bardzo fajna opowiesc. Zdjecia ciekawe, w sumie wiekszosc Polakow jedzie blisko, ale widze ze jednak dalekie kraje coraz bardziej fascynuja ludzi. A tych zazdrosnikow trzeba wyslac do Lesoto albo do innego Kongo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.